Bądźcie święci

O. Jarosław Pakuła OFMConv

Wertując kolejne strony Pisma Świętego, natrafić możemy na słowa, które stają się dla nas jednocześnie źródłem motywacji, ale i również stają się dla nas wyrzutem sumienia. Uświadamiają nam z jednej strony, jak wielką godność posiadamy, a z drugiej strony stawiają przed nami wymóg stanięcia w prawdzie. A ona właśnie często bywa dla nas trudna do przyjęcia. Z pewnością takimi słowami jest wezwanie: „Bądźcie święci, bo ja jestem święty, Pan Bóg wasz”(Kpł 19,2).

Inspirujące nas zdanie staje się jednocześnie czymś, co nas intryguje. W naszym umyśle pojawiają się różne obrazy, nasze codzienne postawy, wątpliwości, zmagania, wzloty i upadki. Wszystko, co stanowi o nas – o tym, kim jesteśmy. Czujemy się jednocześnie tak, jakbyśmy otrzymali wezwanie – wybranie i wyrok – w naszych oczach już skazujący. To dla mnie zbyt trudne. Ja mam być święty? W miejscu, w którym się znajduję z historią mojego życia, którą niosę na swoich barkach. I stojąc na rozdrożu, stwierdzę: mam być, staram się być, jestem, będę. Moje myślenie wprowadza mnie w system katalogowania moich życiowych postaw. Analizuje kolejne etapy mojego życia i wprowadzam siebie w rolę skrupulatnego księgowego obliczającego rachunki przychodów i rozchodów kroniki mojego życia, która prowadzić mnie ma do spotkania z moim Stwórcą.

Zatrzymaj się przez chwilę. Czego chcesz? Żyć? Kochać? Być szczęśliwym? Nie odczuwać już zmęczenia? Unikać sytuacji, w których życie znowu Ciebie doświadczy? Odpowiesz: chcę tego i jeszcze więcej. I dobrze. Od właściwych pragnień zaczyna się dobrą drogę.

Zapomnieliśmy jednak o czymś. We wspomnianym zdaniu przemknęło niezauważenie nam jedno istotne stwierdzenie, w którym odnajdujemy podstawę wszystkiego, o czym myślimy. ON jest święty – ON jest naszym Panem. To fundament, na którym możemy zacząć budować całą konstrukcję naszej drogi. ON jest Tym, który dla nas stawać ma się wszystkim.

Jeśli masz na swoich barkach doświadczenie życia, które ciągle nakładało na Ciebie kolejne ciężary, przekonanie o samotności w dźwiganiu tego ciężaru, czasu, który dłużył się w nieskończoność. I to nasze ludzkie zagubienie, które sprawia, że tak często znajdujemy swoje sposoby na to, aby poradzić sobie z codziennością. Zamiast zmniejszyć swoje cierpienia, tak naprawdę dokładamy sobie kolejnych trudności przez złe wybory.

Z całego serca chciałbym przekonać Ciebie o tym, że w tym wszystkim, co składa się na Twoje życie – ON zawsze był i jest przy Tobie. Jak to zrobić? Chciałbym spotkać każdą i każdego z Was. To trudne. Tym bardziej, że nie jest prosto dzielić się z drugim człowiekiem swoim bólem, jak również trudno jest być świadkiem Boga w obliczu ludzkiego cierpienia.

Jak refren w tym momencie wraca do mojego serca pierwsze zdanie o człowieku pojawiające się w Biblii: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam (Rdz 1,26), i kolejne: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył:  stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1,27). To niesamowite – noszę w sobie obraz i podobieństwo Boga. ON chciał się niejako ukazać we mnie. Stać się mną. Z pewnością dostrzegasz w sobie pragnienie przekraczania siebie, przeżywasz dni, w których pragniesz pełniej i bardziej przeżywać swoje doświadczenie wiary. Często jednak w konfrontacji z tym, co Ciebie otacza, kończy się na zapale i pobożnych życzeniach. Skąd jednak budzą się w Tobie te pragnienia? On przypomina o sobie i o tym kim Ty jesteś. A jesteś JEGO dzieckiem – JEGO dziełem, chciał Ciebie, JEGO miłość sprawiła, że zaistniałeś/zaistniałaś. I JEGO miłość sprawia, że jesteś.

Jak zrozumieć tę miłość, która w przedziwny, a często niezrozumiały sposób prowadzi mnie przez moje życie. Autor listu do Hebrajczyków wyjaśnia to w trudnych słowach: „Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi, a zapomnieliście o upomnieniu, z jakim się zwraca do was, jako do synów: Synu mój, nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje” (Hbr 12,4-6). Zgodzić się na to, jaka jest historia mojego życia, zgodzić się na to, jakie są moje doświadczenia. Otworzyć przed NIM swoje rany. Próbować zrozumieć, dlaczego mnie to spotkało w świetle JEGO miłości do mnie.

PEŁNY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ
W PAPIEROWYM WYDANIU “RYCERZA NIEPOKALANEJ”