Bóg, człowiek i cierpienie

Ks. Marek Dziewiecki

Obraz dla artykułu: Bóg, człowiek i cierpienie

To nie Bóg zsyła człowiekowi krzyże i cierpienia, lecz to człowiek skazał wcielonego Boga na krzyż.

Chrześcijaństwo nie jest cierpiętnictwem

Jednym z najbardziej niezgodnych z Biblią przekonań na temat chrześcijaństwa jest twierdzenie, że jest to religia cierpiętnictwa, która zabrania – a przynajmniej przeszkadza – człowiekowi cieszyć się życiem doczesnym. Najbardziej skrajną wersją tego mitu jest twierdzenie, że to Bóg zsyła nam krzyże i cierpienia. Dosyć często spotykam ludzi, którzy mówią o swoim żalu do Boga za to, że – w ich przekonaniu – to właśnie On zesłał im różne krzyże, na które nie zasłużyli, na przykład: śmierć kogoś bliskiego, nieuleczalną chorobę, tragiczny wypadek czy inne nieszczęścia.

Powyższe przekonanie jest błędne z tego oczywistego powodu, że chrześcijaństwo to religia radości. Syn Boży przyszedł do nas nie po to, aby nasz krzyż był cięższy, ale po to, by Jego radość w nas była i by radość nasza była pełna (por. J 15,11). Chrześcijaństwo głosi światu, że Bóg nie tylko jest miłością, ale że Bóg jest też radością. A być radością to coś nieskończenie więcej niż tylko przeżywać chwile dobrego nastroju. Boża radość to nie chwilowy nastrój, ale sposób istnienia tych, którzy trwają w miłości. Bóg przynosi nam radość właśnie dlatego, że przynosi nam miłość, która jest jedynym źródłem radości.

Krzyż wymyślili ludzie, a nie Bóg

Chrześcijaństwo przypomina światu o tym, że Bóg nie jest krzyżem. Krzyż wymyślili ludzie, którzy mieli władzę, i to ci ludzie, którzy uważali siebie za najbardziej cywilizowanych. Bóg, który jest miłością i radością, zaskoczył nas zupełnie, gdyż ukochał nas aż do tego stopnia, że nie tylko przyjął ludzkie ciało, ale też ludzki krzyż: symbol zbrodni, hańby i okrucieństwa. Pozwolił przybić się do krzyża nie dlatego, że pragnął cierpieć, lecz wyłącznie dlatego, że pragnął upewnić nas o tym, że kocha nas bezwarunkowo, nieodwołalnie, wiernie, za każdą cenę. Dosłownie! Dopóki ten, kto mnie kocha, nie płaci za to ceny wielkiego cierpienia, mogę mieć jeszcze wątpliwości co do tego, czy kocha mnie naprawdę i na zawsze. Jeśli jednak z mego powodu boleśnie cierpi, a mimo to okazuje mi miłość, to już jestem pewien, że kocha mnie bezwarunkowo i nieodwołalnie.
Bóg upewnia nas o tym, że kto kocha, ten ma radość, jakiej ten świat ani mu dać, ani zabrać nie może. To nie Bóg zsyła człowiekowi krzyże i cierpienia, lecz to człowiek skazuje Boga na krzyż! W świetle tego faktu podwójnie błędne jest „pobożne” przysłowie, które twierdzi, że kogo Bóg kocha, temu krzyże zsyła. To krótkie powiedzenie zawiera w sobie aż dwa twierdzenia sprzeczne z Pismem Świętym: że Bóg nie wszystkich ludzi kocha i że tym, których kocha, zsyła cierpienie. Tymczasem chrześcijaństwo z niezachwianą pewnością głosi prawdę o tym, że Bóg kocha wszystkich i że nikomu nie zsyła ani zawinionego, ani niezawinionego cierpienia. Jedyne, co Bóg nam zsyła, to swojego Syna, czyli pełną Prawdę, nieodwołalną Miłość i trwałą radość.

 

Cierpienie jako cena za miłość do niedoskonałych ludzi

Wielu ludzi – także wśród chrześcijan – stawia następujące pytanie: skoro to nie Bóg zsyła ludziom krzyże, to dlaczego cierpimy i skąd się bierze niewinne cierpienie? Pytanie to jest zasadne i nurtuje ludzi wszystkich czasów i każdego kolejnego pokolenia. Odpowiedź, jakiej na to pytanie udziela chrześcijaństwo, jest konkretna i jednoznaczna: głównym źródłem cierpienia w doczesności jest człowiek. Nasze cierpienie bywa, po pierwsze, ceną za miłość do ludzi niedoskonałych: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość patrioty i człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych ludzi bezinteresownym darem z samego siebie, który kocha tak, jak Chrystus nas pierwszy pokochał. W każdym z tych przypadków cierpienie jest ceną za naśladowanie Chrystusa i nawet wtedy, gdy wprowadza nas na drogę krzyżową, bo przychodzi nam kochać ludzi niedoskonałych, to nasze życie nie przestaje być drogą błogosławieństwa. Cena za miłość bywa szczególnie bolesna wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których wyjątkowo trudno kochać. Lepiej jednak cierpieć dobrze czyniąc, niż cierpieć źle czyniąc.

 

Cierpienie jako cena za grzech

Po drugie, cierpienie bywa ceną za nasz grzech. Tak było w przypadku syna marnotrawnego z przypowieści Jezusa. Ów syn sam sobie zsyłał cierpienia jako nieuchronny przecież i naturalny skutek popełnianych przez siebie błędów. Cierpienie, którego doświadczamy na skutek popełnianego przez nas zła, jest nam potrzebne po to, byśmy mogli się zastanowić i zmienić dotychczasowy, błędny sposób postępowania. Niestety, nie wszyscy ludzie wyciągają wnioski z cierpienia, które sami sobie zadają. Niektórzy brną w jeszcze większe zło. Wtedy cierpienie zaczyna być dramatycznie bolesne, jak w przypadku alkoholizmu, narkomanii, przestępczości, zdrad małżeńskich, rozwodów czy zabijania własnych nienarodzonych dzieci. Lekarstwem na takie cierpienie jest nawrócenie i powrót do życia zgodnego z Dekalogiem i z przykazaniem miłości, gdyż wtedy ustąpi cierpienie, niepokój sumienia, a powróci radość. Gdyby Bóg dokonywał cudu i odbierał nam cierpienie, gdy błądzimy, wtedy błądzilibyśmy jeszcze bardziej, gdyż po grzechu pierworodnym łatwiej jest czynić zło nawet wtedy, gdy tego zła nie chcemy, niż dobro.