Mężczyzna na miarę ojców naszych

O. Ignacy Kosmana OFMConv

Obraz dla artykułu: Mężczyzna na miarę ojców naszych

Współczesny świat gwałtownie wyludnia się.
Ktoś równie gwałtownie zaprzeczy. Jak to?
Przecież jest nas na ziemi już ponad 7 mld!
A jednak coraz mniej na niej mężczyzn i ojców.
Zastępują ich karykatury facetów, lalusiów i celebrytów.
Oni nie są mieszkańcami tej ziemi. Ich świat jest iluzoryczny jak oni sami.
Telewizyjni i wirtualni. Tyle ich żywota i aktywności, czynów zwycięskich i klęsk,
ile energii w gniazdku elektrycznym albo dobrej woli operatora pilota bądź myszki.

Tacy są właśnie faceci. Na zawołanie. I odwołanie. Obca ich naturze jest wędrówka. Pielgrzymowanie. Te wymagają trudu i czasu. Współczesny facet nie ma czasu. Wystrzega się trudu. Cechuje go socjalistyczne podejście do życia. Nie napracować się, a dobrze zarobić. Przynieść do domu pełny portfel. Zapełnić konta. Używać świata, póki służą lata − i starcza pieniędzy i sławy. Wygodnie. Bez wysiłku. Najlepiej gdzieś pod reklamowanymi swego czasu w telewizji palmami.

Tymczasem mężczyzna − to dom. To przystań. Wsparcie i bezpieczeństwo. Powszedni pielgrzym wędrujący z domu do pracy, z pracy do domu − do dzieci, do żony; z domu do kościoła − z dziećmi, żoną. Wielkoduszny towarzysz w drodze, z kraju szalejącego Heroda do staromodnego Egiptu, gdzie rodzą się wszystkie poczęte dzieci. I z powrotem − do kraju ojców. Wędrowali − Abraham, Izaak, Jakub i Józef, Oblubieniec Maryi i ojciec duchowy Jezusa. Abraham porzucił swoją ziemię, przyzwyczajenia i schematy. Wyruszył z domu w kierunku wskazanym przez Jahwe. Okazało się wszak, że celem jest w dużej mierze samo wędrowanie. Powołaniem człowieka jest pielgrzymka − zmierzanie ku spełniającym się bez końca szczęściu. Abraham wędrował całe życie. Nie zaparkował na stałe w chaldejskim Ur, ani w Sychem, gdzie mógł wypocząć pod dębem More i pozostać do dni ostatnich. Nie. Poszedł dalej, na wzgórze na wschód, i rozbił namiot pomiędzy Betel a Aj. Tam rozbił namiot. Nie postawił domu. Żeby móc iść dalej. Wkrótce zwinął namioty i udał się z Sarą w stronę Negebu. Gdy nastał głód w Negebie (co nie powinno nikogo dziwić, wszak Negeb to pustynia) − udał się do Egiptu, nad żyzne brzegi Nilu. Ale i tam nie zapuścił korzeni, wszak człowiek − to nie drzewo, podobny jest raczej do naszych ruchomych piasków pod Łebą albo do słońca, które „wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem…” (Hi 1,5). Wrócił zatem Abram z powrotem do Negebu, a potem do Betel. I znowu rozbił namioty pomiędzy Betel a Aj. „Wędrowanie jest losem człowieka. Pokolenie przychodzi, pokolenie odchodzi, tylko ziemia trwa po wsze czasy” (por. Hi 1,4). I tam osiadł. Lecz nie na długo. Pan rzekł: „Wstań i przejdź ten kraj wzdłuż i wszerz […] Abram zwinął swe namioty i przybył pod Hebron, gdzie stały dęby Mamre; osiedliwszy się tam, zbudował ołtarz dla Jahwe” (Rdz 13,17-18). Dotarł do celu. Tam, gdzie jest ołtarz, tam miejsce człowieka. Wieczna ofiara i trud. Zwieńczone spotkaniem Boga. To Bóg przychodzi w gości do człowieka. Nie inaczej. To się nazywa niebo.
Wędrował też Izaak. Jego wędrówka zaczęła się nieobiecująco… Trafił na górę Moria z drwami na plecach. Bóg wypróbował wiarę ojca Abrahama. Trzeba było wracać do swoich. Ruszyli razem do Beerszeby. Potem Izaak wyruszył w drogę do Aram–Naharaim. Tam znalazł Rebekę. Odtąd powędrowali razem. Izaak poprowadził swoją rodzinę − żonę Rebekę, synów Ezawa i Jakuba, wzdłuż i wszerz krain, na których przyszło im wędrować. Z niegościnnego Edomu do filistyńskiej Gerary.

Wędrówkę rodu ludzkiego kontynuował jego syn Jakub. Patriarcha Narodu Wybranego. Ten się dopiero nachodził! Zwłaszcza koło Labana, który dwukrotnie żenił go z Rachelą… W tamtych czasach trzeba było odsłużyć po siedem lat za każdą (dla mniej biegłych w Starym Testamencie, przypominam, że Laban oszukał Jakuba i ożenił go najpierw ze starszą swoją córką, Leą). Ród był mnogi. Dwunastu synów, nie licząc córek. Droga Jakuba − przez Charan, Sychem, Betel i Mamre − także doprowadziła go w końcu nad Nil, gdzie Józef, syn jego sprzedany ongiś przez braci, był rządcą całego Egiptu. Ponownie wyruszyli całą rodziną. Domem ich w drodze były namioty, przykryciem gwieździste niebo. O wszystko zadbali mężczyźni. Zdali egzamin. Czekał ich wszak, tam w Egipcie, inny, znacznie trudniejszy sprawdzian − spotkanie ze sprzedanym bratem, a dla Jakuba − ze zmarłym dawno synem. Wszystko skończyło się „polubownie” − na wspólnej uczcie pogodzonych między sobą i z Bogiem Jego dzieci. Przez pewien czas Izraelici (Izrael, to drugie imię Jakuba) zamieszkali w obcej krainie, łudząc się, że stanie się ich domem. Wygnały ich jednak obce bogi i faraon nowy, który już nie przyjaźnił się z narodem wybranym przez Jahwe. Minęły stulecia, i oto inny Józef − wędrowiec z Ewangelii − pojawił się w Nazarecie. Za żonę pojął Maryję. Za syna przysposobił − Syna Najwyższego. Życie z Bogiem pod jednym dachem nie było sielanką. Narodziny w drodze, w pasterskiej grocie we żłobie. Potem trzeba było uciekać, jak praojcowie − do Egiptu. Nie bez powodu, wszak z Egiptu Bóg wezwać miał swego Syna (por. Oz 11,1).

PEŁNY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ
W PAPIEROWYM WYDANIU “RYCERZA NIEPOKALANEJ”