Pacjent w naszym domu

O. Ignacy Kosmana OFMConv

Obraz dla artykułu: Pacjent w naszym domu

„Życzę ci zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia! Resztę − sam sobie kupisz”. Takie wielu składa nam życzenia. W istocie zdrowie nie jest na sprzedaż. Zdrowia nie można kupić. A kiedy zdrowia brakuje, pojawia się cierpienie.

Cierpienie − rzecz ludzka, rzec można − katolicka. Powszechna. Cierpią niemowlęta, dzieci, młodzież, ludzie w sile wieku − i starzy. Pierwsze, gdy ząbkują. Potem przychodzi bolesna nauka chodzenia. Pokaleczone kolana, poobijane boki. Później bolą spróchniałe mleczaki. Lata dziecięce oraz dumna i durna młodość pełne są bolesnych porażek, które bolą nie mniej niż kolana
i mleczaki. Z wiekiem ból ten narasta. Wiedzą o tym dorośli: pnący się po szczeblach kariery pracownicy i biorący udział w wyścigach szczurów karierowicze. Życie potrafi zaboleć… A kiedy już po tych wszystkich bolesnych przygodach przychodzi jesień życia, wtedy okazuje się to najgorsze − starość, choroba, cierpienie.

Niektórzy mówią, że Panu Bogu nie udała się starość… Niedołężność, demencja, kalectwo. Człowiek staje się dla najbliższych ciężarem, niepotrzebnym balastem, który załoga rodzinnego balonu wyrzuca za burtę, żeby nie spaść na ziemię. I frunie dalej przez życie − beztrosko, bezmyślnie, bez-empatycznie. Nie wie, czy nie chce wiedzieć, że cierpienie ma pewien szczególny walor. Walor ewangeliczny. Jeśli ewangeliczny − to przecież ma w sobie dobry, radosny ładunek. Ale, żeby to wiedzieć, trzeba najpierw uwierzyć. W Ewangelię.

Z cierpieniem spotykamy się na co dzień. W każdej rodzinie dopada nas owa patiens ludzka i nieludzka zarazem. Nie trzeba być znawcą łaciny, by nie skojarzyć pojęcia homo sapiens − z człowiekiem, a patiens − z pacjentem. Homo sapiens z homo patiens. Z chorobą, starością, cierpieniem. Z naszymi najbliższymi, a jakby dalekimi, obcymi…

Jak rozwiązać powstały problem? Czasami przychodzi na myśl najprostsze wyjście, decyzja balonowego aeronauty, by pozbyć się balastu… Pozbyć się kłopotu! Są przecież specjalne instytucje, domy pomocy, opieki, hospicja − powołane ustawowo do troski nad cierpiącymi. Wystarczy zapłacić 30 srebrników i wykupić miejsce w Hakeldamach.

Najprostsze rozwiązania nie zawsze są celne. Pozbywając się chorego z domu, wypędzając cierpienie spośród czterech ścian, pozbywamy się tak naprawdę skarbu… Skarbu nieocenionego. Cierpienie − obok modlitwy − stanowi bowiem „dźwignię” chrześcijańskiego życia (por. M. Kolbe, Pisma, cz. 1, red. P. Sotowski, WOF, Niepokalanów 2007, s. 1051.); stanowi − to nie paradoks! − o sensie ludzkiej egzystencji tu na ziemi.

W 1935 roku Ojciec Maksymilian napisał do braci w Niepokalanowie list z Mugenzai no Sono (Nagasaki), w którym zawarł dziwne pragnienie: „Potrzebujemy tu [w Japonii] wiele modlitwy. A i cierpień z niepokalanowskiego szpitalika”. (por. M. Kolbe, Pisma, cz. 1, red. P. Sotowski, WOF, Niepokalanów 2007, s. 1051.) Rok później, kiedy powrócił z misji, podczas jednej z konferencji − zanotowanej przez br. Łukasza Kuźbę − powrócił po raz kolejny do tamtej myśli, nawiązując do niepokalanowskiej infirmerii. „Nieraz chodzę między chorymi i mówię: Wyście działem pracy, i to jednym z najważniejszych działów… Wy jesteście w tym szczęśliwym położeniu, że nie widzicie owoców swej pracy […]. Skutków swego cierpienia nie widzicie swoimi oczyma. Tu miłość własna nie ma co robić, nie ma dla niej między Wami miejsca. Pracując zaś w jakimś innym dziale, widzi się wyniki swych wysiłków i nieraz przychodzi taka myśl, że nikt inny nie potrafi tego zrobić, że wszystko należy przypisywać mojemu pomysłowi i zdolnościom […] Tutaj więc w szpitaliku jesteście wolni od tych pokus […]. O. Marian Sobolewski, gwardian konwentu krakowskiego, udzielając rekolekcji w tymże konwencie, powiedział, że gdyby w jakimś klasztorze nie było chorych, należałoby się modlić, aby byli” (por. M. Kolbe, Pisma, cz. 1, red. P. Sotowski, WOF, Niepokalanów 2007, s. 808.).

PEŁNY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ
W PAPIEROWYM WYDANIU “RYCERZA NIEPOKALANEJ”