Z taką obstawą musiała wyzdrowieć

Michał Borek

Obraz dla artykułu: Z taką obstawą musiała wyzdrowieć

Mam na imię Ewelina i chcę podzielić się z Wami historią, która przydarzyła się mojej rodzinie.

Z moim mężem, Krzysztofem, żyjemy w związku sakramentalnym od siedemnastu lat i jesteśmy szczęśliwymi rodzicami dwóch córeczek, jedenastoletniej Weroniki i czteroletniej Wiktorii. A historia, którą pragnę się podzielić, jest świadectwem potęgi, miłości i dobroci Pana Boga oraz tego, że także dziś Chrystus uzdrawia ludzi. Dotyczy choroby naszej córki, Weroniki.

Pięć lat temu, gdy Weronika miała sześć i pół roku, rozchorowała się nagle. Był to dzień 8 grudnia, Uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP. Miała gorączkę, bolało ją gardło, dostała wysypki. Żadne leczenie nie pomagało. Do szpitala wieźliśmy ją w pierzynce, w samej bieliźnie i skarpetkach, ponieważ odpadała jej skóra. Diagnoza była jednoznaczna: Weronika miała zespół Lyella (czyt. Leja), czyli toksyczną nekrolizę naskórka. Gdy została uśpiona, rozpoczęła się walka o jej życie. Wraz z mężem nie mogliśmy zrobić nic, nawet przytulić, czy choćby dotknąć. Pozostała nam tylko wiara i nadzieja, że wszystko będzie dobrze.

Lekarze powiedzieli nam, że choroba naszej córki jest chorobą śmiertelną, niezwykle rzadką i że nie ma na nią żadnego leku. Weronika miała już wtedy zapalenie płuc i oskrzeli, temperatura jej ciała wynosiła 30 st. Celsjusza. Wchodziła w fazę hipotermii. Dawano jej 3% szans na przeżycie, nie mówiąc o powikłaniach. Nieuniknione były zakażenia bakteryjne. Przy utracie 30% naskórka na pewno zostałyby blizny, Weronika natomiast nie miała go w 70%, a leczono ją tak, jakby nie miała go wcale. Żaden jej narząd nie miał błony śluzowej, czyli pozostawał bez ochrony. Gdyby choć jeden z nich pękł, spowodowałoby to wylew i śmierć. Oczy były całe czarne, bez białek i tęczówki, z ubytkami w rogówce. Dowiedzieliśmy się, że przy tej chorobie, ze względu na brak błon śluzowych, powieki przyrastają do gałek ocznych. Weronika puchła, potem chudła, i tak w kółko. Wyniki badań były fatalne. Krwawiły jej wszystkie wnętrzności, a krew odsysano przez usta. Nasza córka była cała owinięta bandażami wyglądając jak jedna, wielka rana. Miała arytmię serca, skoki ciśnienia, dostała cukrzycy i sepsy. Dzień przed wigilią Bożego Narodzenia pani doktor powiedziała nam, że to skrajna postać tej choroby, bo zwykle nie obejmuje ona owłosionych części ciała. U Weroniki objęła ona całe ciało, ścięto jej włosy i wprowadzono w stan śpiączki farmakologicznej.

Wtedy właśnie rozpoczęła się fala modlitw. W intencji uzdrowienia Weroniki zaczęto odprawiać Msze św. Nasi znajomi bez cienia wstydu prosili znajomych, sąsiadów, księży, zakonników, kolegów w pracy o modlitwę. Weronikę uśpiono w środę po południu, a już w piątek odprawiano pierwsze Msze w jej intencji w Polsce, w Afryce dzień później. Misjonarze z całego świata informowali, gdzie i w jakiej formie będą się modlić o zdrowie naszej córki.

PEŁNY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ
W PAPIEROWYM WYDANIU “RYCERZA NIEPOKALANEJ”