A gdzie miejsce dla Jezusa?

O. Robert M. Stachowiak OFMConv

Obraz dla artykułu: Uratowany przez Ojca Maksymiliana

W niepokalanowskim archiwum znalazłem tekst więźnia obozu Auschwitz ukazujący świadectwo wstawiennictwa Ojca Maksymiliana po śmierci.

Wkrótce po śmierci Ojca Kolbego ciężko zachorowałem. W tym okresie w Oświęcimiu choroba była prawie równoznaczna śmierci. Szpital był przepełniony. Trafić tam można było jedynie za jakąś protekcją lub za grubą łapówkę. Kto był chory, a nie leżał w szpitalu, musiał jak każdy zdrowy iść do ciężkiej pracy, a o ile nie mógł pracować, lub upadł z wycieńczenia, był dobijany przez esesmanów lub kapo, albo odsyłany do zagazowania.

Ja nie miałem ani protekcji, ani pieniędzy, a już ledwie trzymałem się na nogach. Czułem, że lada chwilę upadnę, a to byłby już koniec. Do gmachu szpitalnego i ambulatorium nie wpuszczano nikogo, nawet najciężej chorych, a tych, co się naprzykrzali, bito. I wtedy, gdy już czułem, że ginę, ostatecznie przypomniałem sobie, że mam w szpitalu znajomego lekarza. Wprawdzie bardzo mało znajomego, na którego pomoc specjalnie nie mogłem liczyć. Ale „tonący brzytwy się chwyta”. Napisałem więc kartkę do doktora Tondosa (pochodził z Krakowa) i jakimś szczęśliwym trafem udało mi się tę kartkę przesłać doktorowi. Otrzymałem od niego pisemną odpowiedź, bym zgłosił się do niego o godzinie 7.00 wieczorem.

Punktualnie o 7.00 resztkami sił dowlokłem się do gmachu szpitalnego. Ale o wejściu do środka mowy nie było. Odpędzano mnie bez wysłuchania. Czułem, że tracę przytomność. Wreszcie któryś z dozorców, widząc mój stan, zapytał, o co chodzi, i zgodził się powiedzieć o mnie doktorowi Tondosowi. Po chwili wrócił: Doktor Tondos jest niezdrów, już się położył i zabronił, by go budzić! – Odszedłem kilka kroków i zatrzymałem się. – To już koniec – pomyślałem.
I wtedy z całą gorącą wiarą zwróciłem się do Ojca Kolbego. Mówiłem: Zmarłeś, lecz jestem pewny, że pozostałeś tu wśród nas swoich nieszczęśliwych kolegów – skazańców. Byłeś zawsze taki dobry i uczynny w potrzebach bliźnich. Czy pozostawisz mnie teraz bez pomocy? Specjalną czcią otaczałeś Najświętszą Pannę Maryję, która darzyła cię na pewno swą świętą miłością. Wstaw się za mną, pomóż i uratuj!”

W tej chwili ktoś położył rękę na moim ramieniu. Był to doktor Tondos. „Wiecie, kolego – powiedział do mnie – czułem się chory i położyłem się do łóżka. Raptem przed chwilą obudziłem się zupełnie zdrów i wyszedłem się przejść. Teraz dopiero przypomniałem sobie, że chcieliście mówić ze mną. O co chodzi?”. Gdy spojrzał na mnie uważniej, nie potrzebowałem odpowiadać na pytanie. Zobaczył, że trzymam się na nogach resztkami sił.

PEŁNY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ
W PAPIEROWYM WYDANIU “RYCERZA NIEPOKALANEJ”